Spider-Man: Homecoming

//Spider-Man: Homecoming

Spider-Man: Homecoming

Doczekałem się w swoim krótkim życiu tego momentu, kiedy Spider-Man wraca do domu – czytaj MCU. I dożyłem porządnie zrealizowanego filmu z jego przygodami, chociaż osobiście nie mam nic przeciwko trylogii Raimiego. Jednak czy Homecoming rzeczywiście się spisał?

Była trylogia Raimiego, miała być trylogia Webba i wreszcie mamy wielki powrót pająka do MCU, który już zaobserwować mogliśmy w „Kapitan Ameryka: Civil War”. Rok po premierze Civil War na ekrany kin wkroczył solowy film ze Spider-Manem, w którego postać wcielił się Tom Holland. I szczerze przyznaję, że na początku miałem trochę obaw i bałem się, że po raz kolejny dostaniemy historię Spidey’a od całkowitego początku. Na szczęście tak nie było, a akcja filmu toczy się po wydarzeniach z trzeciego Kapitana Ameryki.

Wrócił do domu

„Homecoming” otwierają dwie sceny. Jedna osadzona jest zaraz po wydarzeniach z wielkiej bitwy Avengers z wojskami Lokiego. Koniec wojny, ziemia uratowana, a uprzątnięcie całego syfu, jaki został po wojnie, pozostał zwykłym, szarym ludziom. To już tutaj widzimy, że scenarzyści dadzą dojść do głosu osobom, które bitwy superbohaterów znają tylko z internetu lub telewizji.
Chwilę później widzimy coś w formie vloga Parkera (Tom Holland) z wypadu na lotnisko w Leipzig i wreszcie dane nam jest zobaczyć, jak postrzegał zaangażowanie swego alter ego w „bratobójczy” konflikt między Starkiem (Robert Downey Jr.) a Rogersem (Chris Evans). Widać było, że traktował to jako formę zabawy i ekscytował się możliwością spotkania tylu znanych mu tylko z telewizji, podziwianych twarzy.

Sam film mógłbym podzielić na dwie części, które scenarzyści bardzo dobrze ze sobą połączyli. Pierwsza z nich to prywatne życie Petera Parkera – jest zwyczajnym licealistą i geekiem próbującym poderwać najpiękniejszą dziewczynę w szkole graną przez Laurę Harrier. Wreszcie widz ma możliwość odczucia, że Spider-Man jest również nastolatkiem i ma takie same problemy, jak każdy uczeń. Wiele scen toczy się na szkolnych korytarzach czy lekcjach i to jest to, czego zabrakło w poprzednich próbach ekranizacji komiksu. Druga część to życie chłopaka jako superbohatera odzyskującego skradzione torebki, przy okazji próbując zaimponować Tony’emu. Cenię sposób, w jaki została zachowana równowaga między życiem prywatnym a bohaterskim.

„Jeśli jesteś nikim bez kostiumu, to nie powinieneś go mieć”

Nie wszystko gra

Nawet jeżeli na seansie bawiłem się dobrze – mimo dubbingu, o zgrozo – to jest kilka rzeczy, jakie totalnie mi nie odpowiadają i najchętniej bym zmienił lub wyrzucił całkowicie.

Pierwszą z nich jest fakt, że strój Spider-Mana jest zdecydowanie za bardzo technologiczny. Pozwolę sobie na mały spoiler i przypomnienie: obecny kostium Peter dostał w trakcie trwania „Wojny Bohaterów” i po całym wydarzeniu Stark pozwolił mu go zachować. Początkowo nie zauważamy większych różnic między tym komiksowym a filmowym, jednak czym dalej akcja filmu się toczy, tym częściej napotykamy wdrożoną starkową technologię, która psuje tę otoczkę Spider-Mana jako bohatera w większości radzącego sobie z problemami swoim sprytem, zazwyczaj zachowaną zimną krwią oraz inteligencją. Gdy był w sytuacji kryzysowej, zawsze w jakiś sposób sobie radził, aby wyjść z niej obronną ręką. Tutaj za to wszystko odpowiadała technologia Starka, która za bardzo kontrastowała z samowystarczalnym wizerunkiem pająka.

Zendaya zawsze tak wyglądała, kiedy znajdowała się w kadrze

Dodatkowo postaci takie, jak Ciocia May (Marisa Tomei), Michelle (Zendaya) czy Liz (Laura Harrier) praktycznie nie wnosiły nic do filmu. Kiedy na ekranie pojawiała się May, to miałem wrażenie, że służy ona tylko podniesieniu ciśnienia pewnej widowni. Zendaya natomiast odegrała kilka niczego nie wnoszących scen, ale doskonale widać, że w kolejnej produkcji dostanie większą rolę. Z kolei Laura Harrier miała po prostu wyglądać i to właściwie wystarczyło, kiedy pojawiała się na ekranie, bo choć zapowiadało się na niezłą relację między młodymi, to i tak jej postać nie wnosiła do fabuły zbyt wiele.

Najlepszy z najlepszych

Chyba największym plusem tego filmu dla mnie był główny villain, czyli Vulture, grany przez Michaela Keatona. Moim zdaniem jest to najlepsza postać antybohatera, jaka pojawiła się w filmach ze Spider-Manem w roli głównej. Świetnie napisana, wręcz żywa. No i do tego gra Keatona, czy można chcieć czegoś więcej?

Ale żeby nie było, że leję wodę czy będę zachwalał przez pół wpisu Keatona i jego grę aktorską. Adrian Toomes aka Vulture (Michael Keaton) to zwykły, szary człowiek, który miał posprzątać pozostałości kosmitów po pierwszej bitwie Avengers. Niestety mimo podpisania dochodowego kontraktu z miastem zostaje wraz ze swoimi ludźmi oddelegowany, a zadaniem zajmie się wojsko (czy inna jednostka stojąca nieco wyżej niż władze miasta). Pozostawiając pracę, jeden z jego pracowników zabrał ze sobą jakiś dziwny kosmiczny kryształ i w tym momencie zaczyna się droga przestępcza. Kradnąc i wykorzystując kosmiczną technologię, budują różnego rodzaju bronie i sprzedają je na czarnym rynku, do tego dowódca ich szajki, czyli Adrian, zbudował domowej roboty latający strój – ten, który widzieliśmy w zwiastunie.

Pod pewnymi względami przypomina on Tony’ego Starka, który również dorobił się na handlu śmiercią. Do tego ta własnoręcznie robiona zbroja – jest zatem jakieś podobieństwo, prawda?
Poza tym Adrian Toomes jest mężem i ojcem  swoją pracą starającym się utrzymać dom. Jednak nie martwcie się, nie jest on geniuszem zła na miarę na przykład Doktora Octopusa i to kreuje go na jeszcze lepszego villaina niż tych z poprzednich filmów.
Dodatkowo stara się także w jakiś sposób przekazać Parkerowi swój punkt widzenia, aby ten go chociaż trochę zrozumiał. Keaton naprawdę świetnie po raz kolejny zagrał postać latającą.

Spider-Man: Homecoming daje nadzieje

„Spider-Man: Homecoming” to film dający nadzieję na naprawdę dobrą ekranizację przygód Spider-Mana. Dodatkowo wreszcie wrócił w jakiejś części do swoich właścicieli, więc to też jest powód do radości. Świetny scenariusz, świetna reżyseria. No, i jak to w podsumowaniach jest zazwyczaj, nie mogę nie wspomnieć o oprawie muzycznej filmu, z której wręcz bił młodzieżowy klimat.

Ja jestem bardzo mocno za Spider-Manem i wierzę, że w kolejnych produkcjach Marvela ta postać się rozwinie i Tom Holland z dumą będzie mógł reprezentować swój komiksowy pierwowzór na ekranach kin.

 

 

By | 2017-07-24T15:59:22+00:00 Lipiec 24th, 2017|Filmy/Seriale|0 Comments

About the Author: